Co się stało z Realem Madryt?

W poprzednim sezonie Real Madryt zdobył mistrzostwo Hiszpanii, a także, jako pierwszy klub w historii Ligi Mistrzów obronił tytuł wywalczony przed rokiem. Początek nowego sezonu wskazywał na to, że w obecnym Królewscy również będą rządzić i dzielić. Zdobyty Superpuchar Europy, następnie wygrana w wielkim stylu w meczu o Superpuchar Hiszpanii z Barceloną. A potem było już tylko gorzej. W perfekcyjnej maszynie Zidana coś się zacięło? Czy może zawodnicy osiągnęli niebezpieczny poziom pewności siebie, który wiąże się z lekceważeniem innych rywali?

Na początku gładkie zwycięstwo z Deportivo La Coruna. Następnie dwa remisy na Santiago Bernabeu z Valencią i Levante. W ostatni weekend kolejne zwycięstwo wyjazdowe z Realem Sociedad. Wczoraj mecz, który pod wieloma względami miałbyć wyjątkowy. Przede wszystkim, Los Blancos po raz pierwszy w tym sezonie mieli wywalczyć komplet punktów na swoim stadionie. Po drugie, prześcignąć niesamowity wynik Santosu z czasów Pelego, 73 mecze pod rząd z przynajmniej jedną strzeloną bramką. Oba te punkty nie zostały spełnione. Real sensacyjnie przegrał z Betisem 0-1.

Nie ulega wątpliwości, że w tym meczu przeważał Real Madryt. Królewscy tworzyli mnóstwo dogodnych sytuacji. Ze zdumieniem trzeba było przecierać oczy na kolejne pudła Cristiano Ronaldo, dla którego był to pierwszy mecz La Liga w tym sezonie po zakończeniu kary za czerwoną kartkę otrzymaną w meczu o Superpuchar Hiszpanii. Promyk nadziei to powoli przebudzający się Gareth Bale, który w ostatnim meczu po raz kolejny udowodnił, że należy do najszybszych piłkarzy na świecie imponując szalonym rajdem zakończonym golem. Wczoraj też grał na przyzwoitym poziomie, niewiele mu zabrakło aby zdobyć niezwykłej urody bramkę strzeloną piętą.

A goście? Konsekwentnie trzymali  się taktyki swojego trenera, Quique Setiena, który stawia na atak pozycyjny i długie utrzymywanie się przy piłce. Z mizernym skutkiem. Najwięcej okazji Betis miał z kontry, jednak młodzi zawodnicy nie wytrzymywali ciśnienia i marnowali kolejne dogodne sytuacje. Natomiast na grę wprowadzonego w 61 min. meczu Boudebouza nie dało się patrzeć. Komentatorzy zaanonsowali go mianem niestabilnego Mahreza. Całe szczęście, że gracz Leicester tego nie słyszał. O ile Boudebouz rzeczywiście potrafi zrobić z piłką coś ciekawego, o tyle wczoraj psuł wszystko. Obrońcy Realu ogrywali go jak młodzieńca z okręgówki. Dlatego też w doliczonym czasie gry, kilkanaście sekund przed końcem meczu, gdy Betis miał swoją szansę, Barragan przystopował nadbiegającego Algierczyka jakby chciał powiedzieć: „Zostaw, bo zepsujesz, ja to zrobię”. Skuteczna wrzutka w pole karne do niepilnowanego Sanabrii, gol w ostatnich sekundach.

Rekord Santosu nie pobity. Nie tylko zabrakło kompletu punktów, ale choćby jednego oczka. Całą pulę zgarną Real Betis, który wykorzystał swoją szansę. Królewscy za wszelką cenę do samego końca chcieli zdobyć zwycięską bramkę, a to skutkowało dziurawą obroną, którą w samej końcówce przechytrzyli Barragan i Sanabria. Natomiast w szatni Los Blancos rozmowy musiały trwać jeszcze długo po zakończonym meczu. Siedem punktów straty do Barcelony na tak wczesnym etapie La Liga? A przecież jeszcze kilka tygodni temu ten zespół przypominał rozpędzony walec miażdżący kolejnych rywali.

Leave a Reply

Bądź pierwszy!

avatar
  Subscribe  
Powiadom o